Raster

Listopad 7th, 2009

- Co ty sobie myślisz? – Drizzt mruknął pod nosem. Wiedział bardzo niewiele o gnollach. W Akademii Menzoberranzan został nauczony, że gnolle pochodziły z rasy goblinoidów, były nieprzewidywalne i dość niebezpieczne. Mówiono mu jednak również o elfach z powierzchni i ludziach – i, jak zdał sobie teraz sprawę, o każdej rasie, która nie była drowami. Pomimo swego nieprzyjemnego położenia Drizzt niemal się roześmiał. Ironią było, że rasą, która najbardziej zasługiwała na miano złej i nieprzewidywalnej, były same drowy!
Gnolle nie ruszały się i nic nie mówiły. Drizzt rozumiał ich wahanie na widok mrocznego elfa i wiedział, że jeśli ma mieć w ogóle jakąś szansę, musi wykorzystać ten naturalny strach. Przyzywając należne mu z racji magicznego dziedzictwa wrodzone zdolności, Drizzt machnął swą ciemną dłonią i otoczył pięć gnolli nieszkodliwymi, purpurowymi płomieniami.
Jedna z bestii padła natychmiast na ziemię, jak Drizzt oczekiwał, lecz pozostałe zatrzymały się na sygnał dany przez wyciągniętą dłoń ich bardziej doświadczonego przywódcy. Rozglądali się dookoła nerwowo, najwyraźniej zastanawiając się nad sensem przeciągania tego spotkani a. Wódz gnolli widział już jednak wcześniej nieszkodliwy ogień faerie, w walce z pozbawionym szczęścia – a teraz już martwym – tropicielem, i wiedział, czym on był.
Drizzt napiął mięśnie w oczekiwaniu i starał się określić swój następny ruch.
Wódz gnolli zerknął na swych towarzyszy, jakby badając stopień, w jaki byli otoczeni tańczącymi płomieniami. Sądząc po dokładności zaklęcia, w strumieniu nie stał zwyczajny drow wieśniak – a przynajmniej Drizzt miał nadzieję, że wódz tak myśli.
Drizzt rozluźnił się trochę, gdy przywódca opuścił włócznię i gestem nakazał pozostałym, by zrobili podobnie. Następnie gnoll wyszczekał szereg słów, które dla drowa brzmiały jak bełkot.

Facsimilia

Listopad 7th, 2009

- Drugie miejsce jest równie zaszczytne – stwierdził Kelnozz. Drizzt spojrzał na niego. Wiedział, że Kelnozz nie przystanie na nic, poza absolutnym zwycięstwem.
- Jeśli spotkamy się w walce – powiedział chłodno – to tylko jako wrogowie.
Odszedł po raz drugi, ale tym razem Kelnozz nie poszedł za nim.
* * *
Szczęście oddało Drizztowi sprawiedliwość, bowiem jego pierwszym przeciwnikiem, pierwszą ofiarą nie był nikt inny jak jego były partner. Drizzt znalazł Kelnozza w tym samym korytarzu, którego użyli jako bastionu rok wcześniej i zakończył walkę pierwszą kombinacją ciosów. Drizztowi udało się jakoś powstrzymać dłoń, choć naprawdę chciał z całej siły wbić w żebra Kelnozza drewniany sejmitar.
Potem Drizzt ruszył w cienie, wybierając uważnie drogę, aż liczba studentów zaczęła się zmniejszać. Drizzt, ze swoją reputacją musiał być podwójnie ostrożny, bowiem koledzy z roku mogli chcieć zakończyć jego udział w walce wcześniej. Działając sam Drizzt musiał rozpoznać dokładnie sytuację przed każdą walką, zanim się w nią zaangażował, by upewnić się, że w zakamarkach labiryntu nie kryją się sprzymierzeńcy jego przeciwnika.
To była arena Drizzta, miejsce, w którym czuł się najwygodniej, z radością podejmował wyzwania. Po dwóch godzinach pozostało tylko pięciu wojowników, a po następnych dwóch godzinach zabawy w kotka i myszkę, na placu boju stało dwóch ostatnich: Drizzt i Berg’inyon Baenre.
Drizzt wyszedł na otwarty teren.
- Wychodź, uczniu Baenre! – zawołał. – Walczmy otwarcie i honorowo!
Obserwujący wszystko z kładki Dinin pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Likwiduje całą swą przewagę – stwierdził Mistrz Hatch’net, stojący u boku najstarszego syna Domu Do’Urden. – Jako lepszy szermierz przestraszył Berg’inyona i sprawił, że ten przestał być pewnym swych ruchów.

Batat

Listopad 7th, 2009

- Ja znam twoją wartość – stwierdził niedbale Jarlaxle. Poprowadził wzrok Dinina po uśmiechach jego żołnierzy.
- Bregan D’aerthe? – wypalił Dinin. – Ja, szlachcic, miałbym stać się łotrem?
Szybciej niż Dinin mógł nadążyć wzrokiem, Jarlaxle cisnął sztylet w ciało leżące u jego stóp. Ostrze wbiło się aż po rękojeść w plecy Malice.
- Łotrem czy trupem? – niedbale spytał Jarlaxle.
Wybór nie był taki trudny.
* * *
Kilka dni później Jarlaxle i Dinin spoglądali na zniszczoną adamantytową bramę Domu Do’Urden. Niegdyś stała dumna i silna, ze szczegółowymi wizerunkami pająków oraz dwoma sporymi stalaktytowymi kolumnami, które służyły za wieże strażnicze.
- Jak szybko się wszystko zmieniło – stwierdził Dinin. – Widzę przed sobą całe poprzednie życie, a mimo to ono odeszło.
- Zapomnij, co się działo wcześniej – zaproponował Jarlaxle. Chytry uśmieszek najemnika powiedział Dininowi, że ma na myśli coś specyficznego, gdy kończył myśl. – Poza tym, co może ci pomóc w przyszłości?
Dinin dokonał szybkiej wizualnej inspekcji siebie i ruin. – Mój sprzęt do walki? – spytał, starając się odkryć zamiary Jarlaxle. – Mój trening?
- Twój brat.
- Drizzt? – znowu to przeklęte imię, które wzbudzało w Dininie wściekłość.
- Wygląda na to, że kwestia Drizzta Do’Urden wciąż jest do rozważenia – wyjaśnił Jarlaxle. – Ma wysoką wartość w oczach Pajęczej Królowej.
- Drizzt? – spytał ponownie Dinin, nie mogąc uwierzyć w słowa Jarlaxle.
- Dlaczego jesteś tak zaskoczony? – zapytał Jarlaxle. – Twój brat wciąż żyje, inaczej dlaczego Opiekunka Malice miałaby zostać zniszczona?
- Jaki dom może się nim interesować? – spytał otwarcie Dinin. – Kolejna misja dla Opiekunki Baenre?
Jarlaxle roześmiał się. – Bregan D’aerthe mogą działać bez przewodnictwa – albo sakiewki – uznanego domu.